Wszystko wskazuje na to, że ciągnące się nieprzerwanie od początku wakacji prace domowe zostały zakończone. Uff, byłem pełen obaw, że się nie wyrobię do zimy... ;]
Na najbliższe, a zarazem ostatnie, dni wolnego przewiduję bierny odpoczynek. Taak... będę leżał do góry dupą przy dobrej książce. Chyba się wreście zmobilizuję i dokończę to osławione "PS. I love you". Lekka lekturka i dochtór Hałs do poduszki. - żyć nie umierać ;).
Po osławionym portalu o wdzięcznych inicjałach NK, którego to pełnej nazwy podawać nie będę z uwagi na wojnę wypowiedzianą kryptoreklamie zawartej w notkach użytkowników blogspota, krążą plotki, że w mojej klasie szykują się spektakularne transfery. Hmm... byłoby miło, gdyby odpadło pare osób - rzeczywiście. Szkoda tylko, że dyrekcja przypomniała sobie o tym tak późno. Wszakże pozostało już tylko 10 miesięcy, więc tyle można przemęczyć. A miało być tak zajebiście - klasa dobra i trzymająca poziom. W rzeczywistości, jak w krzywym zwierciadle - twory samowystarczalne, samonotujące, kopiujące i przetwarzające dane, dla których liczy się jedynie średnia ocen i zadowolenie rodzica. Bo przecież za swoimi ideałami podążać nie wolno... to tak jakby piłkarze powiedzieli 'nam strzelać nie kazano'.
Dokupiłem brakującą książkę do matmy. Poważnie przeraziła mnie jej cena - 22zł za całkiem nieprzydatny skrawek papieru... I oczywiście nie można było liczyć na antykwariat/allegro w celu uszczuplenia nieco wydanej kwoty... - nowe wydanie, nowa okładka, kilka zadań więcej/mniej tu i uwdzie i pierdolcie się uczniaki... kupcie sobie nową... ;/
Szczęka mi opadła kiedy zobaczyłem rynkową (no dobra - allegrową) wartość używanej "Fizjologii organizmów żywych z elementami anatomii człowieka" Pawła Hosera. Okazuje się, że za egzemplarz wydany w roku 1996 trzeba zapłacić minimum 40-50zł. Podobno to dobry podręcznik, jako przygotowanie do matury z bioli. No proszę... a ja w tamtym roku dostałem go za darmo od mojej nauczycielki od angielskiego, której (nie w pełni świadomie) pochwaliłem się, że interesuję się biologią ;]. No cóż... zawsze jestem to 40zł do przodu - za pare lat nie będę musiał jej od nikogo kupować.
Czy ja jestem niedostępny/nieosiągalny i niechętny do przyjęcia czyjejś pomocy? Chyba tak... No ale, cóż począć, skoro nie pozwala mi na to ta moja cholerna ambicja. Nobody is perfect... ;]
Wracam - wymazywać książki do angielskiego. Z dwojga złego wolę zmarnować gumkę, aniżeli pieniądze, które miałbym przeznaczyć na nowe ćwiczenia. Pewnym osobom również przydałoby się zakodować nutkę takiego strategicznego myślenia. I zgaduję, że osoby zainteresowane właśnie to czytają (notabene bojąc się naznaczyć swoją obecność odpowiednim komentarzem :). Pozdrowienia!) ;).
piątek, 22 sierpnia 2008
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz