Kilkanaście sekund temu skończyłem 4 sezon Housea. Cholernie mnie on poruszył... zwłaszcza 2 ostatnie odcinki, kiedy greg pokazał, że jednak nawet w najbardziej ironicznym ciele znajdują się również odłamki człowieczeństwa. Zaimponowało mi to, że potrafił poddać się skomplikowanemu zabiegowi, który przecież mógł przepłacić życiem, aby uratować Amber. Nie wiem czy byłbym zdolny do takiego poświęcenia. Zwłaszcza, że najprawdopodobniej po drugiej stronie nie ma niczego...
I wiecie co? Trudno mi w to uwierzyć, sam się sobie dziwię ale wzruszyłem się oglądając House's head i Wilson's heart. To było coś niesamowitego, wyższego, wyzwalającego tą ukrytą garstkę uczuć, która mi pozostała...
Niedziela upłynęła tragicznie, jak każda kiedy wszyscy są w domu. Zaczyna się wtedy wytykanie moich wad w sposób obrazowy i wręcz wypychanie mnie z rodzinnej społeczności. Niby się do tego zdążyłem już przyzwyczaić ale z drugiej strony ciągle ogarnia mnie zdenerwowanie na moją niedouczoną rodzinę, która każdy, choćby najmniejszy przejaw inteligencji uważa za zło w nich wymierzone. Kiedy byłem młodszy marzyłem, żeby dostać nowych rodziców, takich przy których życie stanie się łatwiejsze, przy których będę mógł czuć, że napawdę są moją rodziną. Trudno... trafiłem na osoby, być może psychicznie chore osoby, dla których nie liczy się nic poza wyzyskaniem i materializmem. Ale jeszcze tylko 4 lata... wreście się uwolnię. Dlatego od dnia jutrzejszego wznawiam pracę nad moją nauką, nad moimi celami i aspiracjami. Bo jeżeli się nie wyrwę, jeżeli nie spełnię marzeń uduszę się tutaj... Nie potrafię tutaj żyć... tutaj gdzie każdy kłamie...
niedziela, 3 sierpnia 2008
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz